Obróbka cyfrowa obrazów – duże możliwości czy pułapka?

Przygodę z fotografią ze względów finansowych zacząłem dość późno. Moim pierwszym aparatem z szerszym wachlarzem możliwości był Olympus 560 uz. Do dziś nie zapomnę eksploracji menu tego jakże pociesznego i uniwersalnego bezlusterkowca. Pamiętam jak metodą prób i błędów starałem się wyciągnąć najlepsze ujęcie mgieł nad zalewem Czorsztyńskim. Terminy jak ekspozycja, czas migawki czy ISO brzmiały dla mnie jak obcy język.  Na moje szczęście jednak przemówił do mnie sam aparat i wtedy właśnie złapałem bakcyla.

To było jak szaleństwo. Pierwszego dnia zapełniłem dołączoną do aparatu kartę pamięci i część kolejnego dnia urlopu spędziłem na usuwaniu setki niekoniecznie delikatnie mówiąc “poprawnych” ujęć. Wtedy też fotografia cyfrowa i jej ogromne możliwość przejawiające do mnie głównie w postacie niemalże nieograniczonej rolką liczbie zdjęć odcisnęła swoje pierwsze piętno.

Piętno fotografii cyfrowej

Wspomnienie tamtych setek zdjęć i czasu jaki straciłem na ich usuwanie zostało niczym znamię. Nic tak nie zabija kreatywności i pasji jak powtarzalność i monotonność.  Blizna dawała o sobie znać jeszcze wielokrotnie podczas mojej przygody z fotografią. Zapomniałem o niej dopiero kiedy kupiłem swoją pierwszą lustrzankę – Pentax K-r.  Jeden obiektyw kitowy o wąskim zakresie ogniskowych w porównaniu do kompaktu z ultrazoomem skutecznie ograniczył moje możliwości kadrowania sprzętowego. Wtedy musiałem się trochę natrudzić, żeby zrobić konkretne ujęcia. Po pewnym czasie “lusterkowania” przyszła pora na zdjęcia w formacie RAW i  zabawę z programem Adobe Lightroom.  Początki były świetne, nagle uświadomiłem sobie jak dużo można wyciągnąć z ujęć poprzez obróbkę cyfrową. Dziesiątki godzin spędziłem na zabawie suwakami i testowaniu różnych funkcji. Znamię zaczęło dawać znać kiedy spędzałem kolejne godziny przy poprawie kolejnych zdjęć. Kiedy już myślałem, że zostałem mistrzem retuszu i przyszła pora na wydruk najlepszych ujęć boleśnie uświadomiono mnie co to są profile kolorów i dlaczego moje zdjęcia na wydrukach wyglądają inaczej niż na moim monitorze. 

Z “mistrza” został Janusz ze spuszczonymi gaciami boleśnie wydymany przez rzeczywistość. Bolało jeszcze bardziej kiedy sprawdziłem ceny kolejnych monitorów dedykowanych do obróbki cyfrowej. Z pomocą przyszedł znajomy który poustawiał wszystko na “YAKO-TAKO” i wydruki już tak nie raziły. Za Lightroomem wszedł Photoshop i retusz cyfrowy zamienił się w obróbkę grafiki i niekończące się modyfikacje. W kolejce do zajmowania się wszystkim tylko nie robieniem zdjęć “po prostu” stały kolejne nowinki: HDR-y, FOCUS Stacking, Time-Lapse i inne.

W tamtej chwili coś pękło, było tego za dużo. Zamiast robić zdjęcia siedziałem w programach i traciłem czas na niekończącej się obróbce graficznej.  Dostałem nudności i zwymiotowałem tym wszystkim zostawiając to wszystko na kilka miesięcy.

Ascetyczny powrót

Gdybym nie wrócił do fotografii nie byłoby tego akapitu. Powrót był jednak całkowicie przypadkowy i wynikał z faktu iż w moje ręce trafił stary manualny, szklany obiektyw ze stałą ogniskową i szeroką przesłoną. Ujmę to w ten sposób: “Stałka zagościła na stałe na moim aparacie”.  Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. To było trochę jak związek nudziarza z młodą radosną dziewczyną. Dzięki niej spojrzałem na stare miejsca z nowej perspektywy. Zmusiła mnie do ruchu. nauczyła mnie spoglądać na świat inaczej i widzieć więcej(także w nocy). Każdemu kto wpada w rutynę i monotonność obróbki cyfrowej sugeruję taki “ascetyczny powrót”. Osobom zaczynającym przygodę z fotografią polecę z kolei “ascetyczny start”.